O ile 2013 minął nam wszystkim pod znakiem chodakowskiej, języka miley, artpopu i rozwiązania kim kardashian, w 2014 czas wrócić do normalności. a dokładnie przestać wielbić dziewczyny - szkielety, które przeszły wspaniałą metamorfozę i są mega świetne, z tej okazji powinny dostać oskara i w ogóle ich grube koleżanki noszące 38 powinny się wstydzić, bo mają tyłek i niestety, jest on zbyt widoczny. w ogóle najlepiej przeprowadzić autostradę pomiędzy udami, w końcu nie mogą się łączyć. a może moje uda się kochają i uwielbiają się przytulać? więc dlaczego miałabym je rozdzielać?
oczywiście wiem, że miliony osób próbowało zmienić ten obraz, że oprah, że kampanie xxl, ale nie o takie coś mi chodzi. raczej o utrzymywanie ustabilizowanej wagi pasującej do nas. ja sama ważąc jeszcze na początku tego roku 53 kg uskarżałam się na zbyt małe piersi, a teram, czarymary, ważę 60 i mam B. poza tym wcięcie w talii odziedziczone po mamie prezentuje się jeszcze wyraźniej i uważam, że moja figura stała się zdecydowanie bardziej kobieca i pociągająca.
i właśnie o to chodzi, o dostrzeżenie w sobie jakichś cudownych elementów (albo całości, a co!) i pokochania siebie jak nikt inny. wszystko zależy od zmiany nastawienia, na powiedzenie sobie wprost, że wolę kebaba niż martwienie się o dodatkowy dekagram w biodrach. no błagam, oczywiście, że kebab jest lepszy, szczególnie o 3 w nocy i nikt nie ma prawa nam go odmawiać, skoro mamy ochotę. a często jest tak, że jesteśmy wkurzoni, chcemy coś zjeść, ale stwierdzamy, że na sylwestra trzeba się zamienić w aniołka z victorias secret i że zamykamy lodówkę na kłódkę. ale potem wstajemy i od razu automatycznie mamy gorszy dzień, bo jesteśmy głodni, z głodu nie mogliśmy zasnąć, więc niewyspani i ogólnie źli.dodatkowo nasza twarz jest szara i sina, bo przez cienką skórę bardziej widać żyły i opuchlizny. więc brak jedzenia przed snem = zły poranek, co dla większości = się zły dzień.
dobra, więc powiedzmy że moje argumenty was przekonały i przestajecie myśleć o kaloriach. ale co teraz? jak jeść? co jeść? jeśli chodzi o mnie, to jadłospis w tygodniu różni się od weekendowego bardzo. od poniedziałku do piątku nie mam czasu na śniadanie, tylko no cieplutkie kakao, które na mnie działa jak kawa, lecę na energetykach, kiedy mam fakultety, wracam do domu i jem szczątkowy obiad, za to od 18 rozpoczyna się moja pora jedzenia. w soboty i niedziele za to mam czas na spokojne śniadanie, np. dzisiaj jest to pół wielkiej bułki z jakąś domową szynką (święta w końcu) i ogórkiem, a do tego obowiązkowe kakao, którego dziennie potrafię wypić litr. warto zaznaczyć, że wstałam po 14, więc śniadanie spożywam o 15. zaraz zamówimy z siostrą pizzę, normalnie byłby bardziej uroczysty, weekendowy obiadzik z deserem, ale jesteśmy alone in home. potem zjem jąkąś miłą kolację, pewnie camemberta z żurawiną pieczonego. w międzyczasie wyjem 48 toffiefie i kilka kawałków ciasta.
myślę, że cały problem polega na równowadze tego, co się je. ale w końcu automatycznie do tego dochodzimy, wiadomo, że kiedy w sobotę rano mamy kaca, do nie przyjmujemy do organizmu nic, oprócz wody sączonej ostatkiem sił. i w taki sposób, chcąc nie chcąc mamy detoksik. jeżeli w misce znajdziemy jakąś mandarynkę, to ją zjedzmy, od razu mamy trochę witamin. i tak to właśnie działa, nie musimy sobie odmawiać przyjemności, a będziemy bardziej szczęśliwi i zadowoleni :D
dodam swoje dwa zdjęcia, pierwsze jest z początku tego roku i widać, że przy 170cm wzrostu, waga 53kg po prostu jest za małą wagą, natomiast 60 wygląda o niebo lepiej.
tadaaam, następna notka będzie o mojej codziennej i wyjątkowej pielęgnacji (dla większości pewnie moja wyjątkowa jest codzienną). i pamiętajcie, żeby myśleć minimalistycznie: nie zadawać miliona pytań, tylko jedno podstawowe "czy mam na to ochotę?" tak - zrób to, nie - no to nie. i pamiętajcie o tym, że jedzenie to przyjemność, w związku z tym zwiększcie swoją częstotliwość odwiedzania restauracji i cieszcie się każdym pysznym kawałeczkiem :3
xoxo,
Joanne

Aśka, ale masz talię mega *.*
OdpowiedzUsuń