wtorek, 1 grudnia 2015

SEX AND THE CITY CHALLENGE #1

Zainspirowana moja wspaniałą Domą podczas jednej z lajfstajlowych rozmów, postanowiłam zrobić ultymatywny czalendż polegający na wcielaniu sie przez cały miesiąc w każdą z bohaterek Seksu w Wielkim Mieście. Co tydzień będę zmieniać główne postaci, codziennie postaram sie opisywać doświadczenia wynikające z zachowywania się i wyglądania jak nowojorskie księżniczki. Jako że mamy pierwszy grudnia, to idealny czas na rozpoczęcie tego przedsięwzięcia, tak więc do boju!

TYDZIEŃ 1 - SAMANTHA JONES

DZIEŃ PIERWSZY 01.12.2015

Jak być bardziej Samanthą?
PEWNOŚĆ SIEBIE, PEWNOŚĆ SIEBIE I JESZCZE RAZ PEWNOŚĆ SIEBIE. Ta kobieta nie wie, co to strach i zawsze dąży przed siebie, bez względu na krytykujące ją otoczenie i środowisko. Wie, czego chce, jest silna, niezależna, potrafi o siebie zadbać. Wciąż stara się rozwijać. Ma obsesję na punkcie swojego wyglądu i wieku, jednak w końcu przestaje się nim przejmować mówiąc o sobie po prostu "Fifty and fabulous"

Czego się dzisiaj nauczyłam? 
Nie poddawać się i walczyć do końca o swoje, trzymać głowę wysoko i udowodnić, że pod moją "bujną czupryną" kryje się charyzma i inteligencja.

Co miałam dzisiaj na sobie?
W obliczu czekającego mnie castingu na specjalizację telewizyjną założyłam obcisłą, szarą, ołówkową spódnicę, białą, prześwitującą bluzkę i oczywiście obcasy. Zabrakło biżuterii, ale jutro to naprawię. 

Jak to jest być Samanthą?
Trudno. Muszę przestawić swoje myślenie na being flawless, co akurat teraz jest dla mnie trudne. Ale poradzę sobie, chociaż na razie jest ciężko. Nieustanne trzymanie wyprostowanej głowy i telefonu przy uchu jest męczące, ale nie po to wymyślono kawę, żeby stała na półce i ładnie wyglądała.

Co dzisiaj robiłam?
Na początku wstałam o zawrotnej dla mnie godzinie - 8;08, pomalowałam się, wypiłam kawę, ubrałam i wybiegłam na autobus. Krokiem nieznoszącym sprzeciwu wparowałam na przystanek, szkoda tylko, że na placu Trzech Krzyży ruch jest zaginany przez czasoprzestrzeń i zawsze muszę czekać conajmniej 10 min na kolejny autobus. Jednak nadal pełna energii oraz śniegu z deszczem dojechałam na Bednarską. Wspomniany wcześniej casting zaskoczył mnie tak bardzo, że spanikowałam i z jednej z bardziej przebojowych i wygadanych osób zmieniłam się w wbitą w krzesło dziewczynkę, która pierwszy raz ma styczność z kamerą. Bardzo nie Samanthowo. Następne dwie godziny przesiedziałam w BUWie, potem kolejną w cukierni, poszłam na OGUN i w drodze na wykład wpadłam na genialny plan. Nagle wstąpiła we mnie tajemnicza siła, która nie pozwoliła dać się ignorować i traktować jak głupią idiotkę. Tym samym, po 5 minutach wykładu na kampusie, wybiegłam z sali i udałam się w stronę Bednarskiej, gdzie trwała kolejna tura castingu. Wcześniej wydrukowałam CV, oczywiście nie mając na to pieniędzy, jednak pracownik xero był na tyle miły (albo spódnica na tyle obcisła), że pozwolił mi wydrukować kolor w cenie bw. Zmotywowana i wkurwiona udałam się do ID. Wymyśliłam w głowie całe przemówienie, traktujące o tym jak bardzo zdeterminowana jestem, zeby iść własnie na tę specjalizację oraz inne przekonujące treści pełne merytorycznych wartości. Weszłam jako ostatnia do sali i z całym przekonaniem wygłosiłam swe przemówienie. Efekt? Co prawda, nie załapałam się na drugie przesłuchanie (niezgodne z regulaminem, blabla), za to w pół minuty powiedziałam więcej niż w ciągu 5 rano. Obroniłam się i pokazałam, że zależy mi na czymś w stu procentach. Naprawdę, odzyskałam wiarę w siebie, a widząc wzrok wykładowców, od razu skoczył mi poziom wiary w swoje możliwości. Pewnie i tak sie nie dostanę, ale przynajmniej o coś walczyłam, wróciłam do tego jebanego studia i udowodniłam, że się nadaję jak mało kto, czego jestem w pełni świadoma.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz