Czasami w życiu są dni, w których jedyną rozsądną rzeczą wydaje się dolanie do właśnie trzymanej szklanki z sokiem jabłkowym wódki. I właśnie dzisiaj jest taki dzień.
Ostatnia notka była pisana 30 sierpnia, aktualnie właśnie się kończy 30 października. Co zrobiłem przez te 2 miesiące? Przejechałam i przeleciałam 11 tysięcy 752 kilometry. Plus wszytsko, co przeszłam na nogach, przejechałam na wielbłądzie, przepędziłam przez strefy bezcłowe i przeczołgałam na lotnisku próbując odwrócić uwagę od zbyt dużej na ryanaira walizki. Zaliczyłam nagłówek w na temat i na kilku innych portalach, ponieważ obóz zerowy dziennikarstwa okazał się szokiem dla niektórych lubujących się w autobusach istot. Ale fejm fejmem, poza tym przeprowadziłam się do Poznania, znalazłam pracę i staram się ogarniać uczelnię, chociaż jak na razie wychodzi mi to słabo. Staram się też nie załamywać, co nagle stało się turbo łatwe i mam wyjebane nawet wtedy, gdy w jeden dzień skumuuje się iście gruźliczy kaszel, niedyspozycja, gorączka, kac, głód i ból wszystkiego w ciele. No przecież to przejdzie, halo. Cokolwiek by się teraz nie działo, don't care.
Strasznie mocno ucieszyłam się również, kiedy przed chwilą zobaczyłam, że moje słowa zostały wyświetlone 11,111 razy, co jest prawdziwym miodem w herbacie z cytryną, któa zdecydowanie lepiej pasowałaby do mojego aktualnego, antybiotykowo-sterydowego-L4 stanu.
Kupiłam sobie dynię, która będzie moim pocieszeniem i mam zamiar ją wydrążyć, bo jutro jedno z moich ulubionych świąt. W czerwcu jadę też na koncert Ariany Grande, co jest wyłamaniem się od reguły, którą postawiłam sobie jakiś tydzień temu, mianowicie w 2017 nie ruszam nigdzie dupy. Chyba, że będzie to januszowy all inclusive na wyspie lub w innej Czarnogórze. Btw, czy wiecie, że w Maroko nie można kupić alkoholu? Dostępny jest jedynie hasz, a na miętową herbatę mówią marokańskie whiskey. Jedyny monopolowy znajdował się w Rabacie i był chyba najmniej odwiedzanym sklepem w okolicy.
Właściwie nie wiem co więcej napisać, właśnie wsłuchuję się w nową płytę Gagi, nazwaną na moją cześć JOANNE. Dzieki stara, doceniam to! Zakochałam się w piosence JOHN WAYNE, jest wspaniałą kontynuacją so happy i could die, heavy metal lover, mary jane holland zmieszaną z manicure. Yas, moje ulubione piosenki Gagi charakteryzują się zjebanymi nazwami, które przy pierwszym czytaniu tracklisty skwitowanę są przeze mnie reakcją typu wtf, następnie jednak okazują się być najlepszymi produkcjami (i oczywiscie nigdy nie zostają singalmi).
Mam zamiar w tygodniu ugotować rosół, więc wszytskich zainteresowanych zapaszam na Piątkowo, bo ja przez następny tydzień się nigdzie nie ruszam, moi kochani. Oczywiście zepsuł mi się znowu telefon, więc aktualnie jestem dostępna tylko na messangerze. No i w mieszkaniu, podoba mi się powrót do czasów, gdzie się po prostu do kogoś przychodziło, bez wcześniejszych grafikowych negocjacji.
#bigswigtossanotherbeercan
http://genius.com/Lady-gaga-john-wayne-lyrics
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz