Dzisiaj po kole z angielskiego, na kacu, ale w wyjątkowo dobrym humorze (ok, zaczął się psuć podchas wf, kiedy okazało się, że mam zastępstwo z panią negującą odchodzenie w używki w przypadku złego samopoczucia i zastąpienie ich sportem i tym samym zaliczyłam moje pierwsze TBC. To jest kurwa jakiś żart, ambitnie wzięłam kilogramowe zamiast pół ciężarki, myśląc, ze trochę powymachuję rękami, a tu bang, po 10 minutach byłam tak spocona, że ludzie w celebrity splash [btw, nie widziałam żadnego odcinka], byli mniej mokrzy ode mnie). Jednak we względnie pozytywnym nastroju, w porównaniu do ostatnich dni, udałam się podbić legitymację, przykleić naklejkę, przedłużyć jej ważność, whateva. Taka błacha czynność wzbudziła we mnie burzę emocji. Od szczęścia, że zaliczyłam ten semestr i dostalam w nagrodę super naklejkę, dzięki której jestem oficjalnym studentem, satysfakcję z posiadania już drugiej srebrnej wlepki, niepewność przyszłości, czyli kiedy zaczęłam się zastanawiać, co mnie czeka do 31.10. Do tego doszły rozkminy, czy te studia w ogóle mają sens i na koniec dylemat, czy zejść dwa piętra po schodach, czy czekać na windę. Nieświadoma nadchodzącej masakry (= przed wf), wybrałam opcję A. Kilka godzin wcześniej (czyli 10, wtedy byłam chyba jeszcze nadal wczorajsza), w powolnym spacerze na ID kurier wręczył mi Metro (hehe). Dobra, wzięłam po prostu darmowy egzemplarz na wysokości drugiej nitki tego podziemnego cuda i zabrałam się do czytania na historii. W horoskopie napisane było, że mam podążać za sercem i robić zgodnie z tym, co czuję. Dlatego jest 21, a ja przed chwilą się obudziłam po wspomnianym już wf i wpieprzam pierogi popijając kakao. Podążam za swymi dwoma największymi miłościami, jakim jest sen i jedzenie i nie był to świadomy wybór!
A co do marazmu, to tkwienie w martwym punkcie jest najgorszą możliwością, nie polecam. I chociaż próbuję ruszyć w którąś stronę, nie mam kurwa jak. Obojętność i brak zdecydowania to najgorsze co może być, zaraz obok braku mleka w lodówce i pieniędzy na koncie. A najbardziej irytują mnie ludzie, którzy stwierdzą, boże, dziecko, jakie ty możesz mieć problemy w wieku 20 lat. Owszem, posiadam takowe, podejrzewam też, że właśnie ze względu na wiek wszystko przeżywa się mocniej i do życia podchodzi zdecydowanie bardziej emocjonalnie, niż za lat 10. No i w końcu lepiej jest przechodzić kryzysy, depresje, załamania podczas których leżysz na podłodze w łazience z popielniczką w zasięgu kilku centumetrów, bo dalej nie jesteś w stanie wyciągnąć ręki, ale jednocześnie w pełni doświadczać wszystkich szczęśliwych chwil, niż mieć totalnie wyłączone emocje i brak ludzkich odczuć. Szkoda, ze wiele osób wybiera tryb autopilota, który raz na jakiś czas jest potrzebny, ale w końcu i tak zacznie nas coś boleć, zaczemy płakać, bo drzwi do tramwaju zamknęły się przed nosem, a 20 minut temu wstałam i za chwilę się spóźnię. Chyba właśnie takie irracjonalne reakcje na świat świadczą o tym, że wszystko w porządku i nie zamieniamy się w robota. I że gdzieś idziemy, niekoniecznie wiedząc gdzie, ale przynajmniej się nie poddajemy,
Tylko dlaczego jest to tak trudne, dlaczego czasami nie mam ochoty wyjść z łóżka, chowam się pod kołdrą, żeby tylko słońce mnie nie dotknęło? Dlaczego czasami wracam z uczelni i mam ochotę wszystko jebnąć w pizdu, zedrzeć gardło przez dym i wypłakać wszytskie płyny ustrojowe? Bo zima, bo depresja, bo taki dzień, bo nie było moich lodów w sklepie, bo nie mogę sobie kupić tego, czego chcę, bo ujebałam egzamin, bo jestem sama, bo nie ma kawy.
Jesteśmy mistrzami w wymyślaniu wymówek i zwalaniu winy, niesamowite.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz