środa, 6 stycznia 2016

sześć zer

Kilka lat temu zachorowałam na coś dziwnego, przez dwa tygodnie mdlałam, wymiotowałam, miałam ataki paniki, ściśniętą głowę i leżałam w łóżku czytając książki. W pierwszy dzień, kiedy prawie rozbiłam sobie głowę na schodach starego liceum i wróciłam do domu, położyłam się spać, wstałam i czułam się jak po swoim najlepszym pomyśle, czyli zjedzeniu ponad połowy opakowania acodinu. Żałosne, co nie? Pojechałam z mamą na SOR i tłumacząc objawy dostałam ostatecznie poradę, żeby wziąć jebaną nospę. Naprawdę. Na następny dzień dowlokłam się do mojej lekarki, która pamiętała mnie od noworodka i odkryła, że to efekt odwodnienia. Zapisała mi elektrolity i przez 2 tygodnie sączyłam je w ciemnym pokoju z zasłoniętymi roletami. Był to przełom zimy i wiosny i naprawdę, miałam cały czas rolety zaciągnięte, wychodziłam tylko do toalety i do kuchni, właściwie nie pamiętam z tego okresu nic. Jedynie przebitki tych książek i to, jak spałam do 16h dziennie, a potem skulona chowałam się pod kołdrą przed całym światem zewnętrznym. Pamiętam też szok jaki przeżyłam, kiedy w końcu nastąpiło oficjalne odsłonięcie rolet i nagle ujrzałam przed sobą zielone drzewa i kwiaty i wszystko budzące się do życia. Wyszłam na spacer z psem, gdzie spotkała mnie jedna z bardziej kuriozalnych sytuacji, czyli środkiem strumyka przepływającego przez park koło domu, praktycznie w środku miasta, szło sobie stado kaczek.
Dlaczego sobie o tym przypomniałam po 5 latach? Bo zaczęły mi wracać ataki paniki, totalnego obezwładnienia, niemożności zrobienia niczego i przytłoczenia. Mimo tego, że do sesji jeszcze niecały miesiąc, przede mną tylko 1 egzamin, 1 sprawdzian i dwie prace do napisania, a ja panikuję, jakby to był zeszły semestr letni i 9 egzaminów. Czuję się bezużyteczna, jutro wyjeżdżam z Głogowa i kieruje się do Warszawy z małą przesiadką w Poznaniu, gdzie w końcu pójdę do SQ.
Z jednej strony mam dość imprezowania i potrzebę leżenia całe dnie, z drugiej wieczorem zaczyna mi się chcieć robić wszystko. Przytłacza mnie to, że dawno powinnam mieć odwalony staż, egzamin językowy i pracować na stałe. Przeraża mnie ta cała mała ustawa medialna, upolitycznienie mediów, które teraz będą środkiem propagandowym, jak w pięknych i kolorowych czasach PRL-u. To, że moje poglądy mogą uniemożliwić mi znalezienie pracy, że teraz nie chodząc do kościoła jestem wrogiem publicznym. Że dziennikarze zostają zwalniani, a cała opozycja przeniesie się wkrótce do internetu, który szybciej czy później zostanie objęty cenzurą i będziemy mieć drugie Chiny. Ostatnio taka inwigilacja miała miejsce po II WŚ, jaka szkoda, że wojna polsko-polska doprowadziła do takiego stanu, w jakim byliśmy będąc w ZSRR. Cóż za paradoks, szczególnie biorąc pod uwagę Macierewicza i Smoleńsk i te wszystkie miesięcznice.
I mimo demonstracji wszystko jest uchwalane w środku nocy. To jest naprawdę przerażające i chore, niech rządzi ktokolwiek, ale na pierwszym miejscu powinno być dobro kraju i jego rozwój, a nie kierowana obsesją władzy agresja mająca na celu zmienienie ustroju państwa. I jako przyszła chybadziennikarka czuję się osaczona i to chyba też podświadomie wpływa na beznadziejne samopoczucie.
I chyba wymiotowanie literami daje taki sam spokój, jak wódką, bo czuję się lepiej.
Za kilka dni lecę do Rzymu, w przeciągu tygodnia będę w stolicy wielkopolski, stolicy Polski, stolicy Włoch i w Watykanie. Pierwszy raz w życiu będę zwiedzać wielkiego buta, właściwie to powinnam mieć humor zbliżony do euforii, a tymczasem mam ochotę strzelić sobie w łeb.

Czy to depresja? Chociaż depresja jest już chyba chorobą naszego pokolenia i powoli staje się równie normalna co borderline, mefedron, hummus i dupa Kim Kardashian.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz