Kilka lat temu zachorowałam na coś dziwnego, przez dwa
tygodnie mdlałam, wymiotowałam, miałam ataki paniki, ściśniętą głowę i leżałam
w łóżku czytając książki. W pierwszy dzień, kiedy prawie rozbiłam sobie głowę
na schodach starego liceum i wróciłam do domu, położyłam się spać, wstałam i
czułam się jak po swoim najlepszym pomyśle, czyli zjedzeniu ponad połowy
opakowania acodinu. Żałosne, co nie? Pojechałam z mamą na SOR i tłumacząc
objawy dostałam ostatecznie poradę, żeby wziąć jebaną nospę. Naprawdę. Na następny
dzień dowlokłam się do mojej lekarki, która pamiętała mnie od noworodka i
odkryła, że to efekt odwodnienia. Zapisała mi elektrolity i przez 2 tygodnie
sączyłam je w ciemnym pokoju z zasłoniętymi roletami. Był to przełom zimy i
wiosny i naprawdę, miałam cały czas rolety zaciągnięte, wychodziłam tylko do
toalety i do kuchni, właściwie nie pamiętam z tego okresu nic. Jedynie
przebitki tych książek i to, jak spałam do 16h dziennie, a potem skulona
chowałam się pod kołdrą przed całym światem zewnętrznym. Pamiętam też szok jaki
przeżyłam, kiedy w końcu nastąpiło oficjalne odsłonięcie rolet i nagle ujrzałam
przed sobą zielone drzewa i kwiaty i wszystko budzące się do życia. Wyszłam na
spacer z psem, gdzie spotkała mnie jedna z bardziej kuriozalnych sytuacji,
czyli środkiem strumyka przepływającego przez park koło domu, praktycznie w
środku miasta, szło sobie stado kaczek.
Dlaczego sobie o tym przypomniałam po 5 latach? Bo zaczęły
mi wracać ataki paniki, totalnego obezwładnienia, niemożności zrobienia niczego
i przytłoczenia. Mimo tego, że do sesji jeszcze niecały miesiąc, przede mną
tylko 1 egzamin, 1 sprawdzian i dwie prace do napisania, a ja panikuję, jakby
to był zeszły semestr letni i 9 egzaminów. Czuję się bezużyteczna, jutro
wyjeżdżam z Głogowa i kieruje się do Warszawy z małą przesiadką w Poznaniu,
gdzie w końcu pójdę do SQ.
Z jednej strony mam dość imprezowania i potrzebę leżenia
całe dnie, z drugiej wieczorem zaczyna mi się chcieć robić wszystko. Przytłacza
mnie to, że dawno powinnam mieć odwalony staż, egzamin językowy i pracować na
stałe. Przeraża mnie ta cała mała ustawa medialna, upolitycznienie mediów,
które teraz będą środkiem propagandowym, jak w pięknych i kolorowych czasach
PRL-u. To, że moje poglądy mogą uniemożliwić mi znalezienie pracy, że teraz nie
chodząc do kościoła jestem wrogiem publicznym. Że dziennikarze zostają
zwalniani, a cała opozycja przeniesie się wkrótce do internetu, który szybciej
czy później zostanie objęty cenzurą i będziemy mieć drugie Chiny. Ostatnio taka
inwigilacja miała miejsce po II WŚ, jaka szkoda, że wojna polsko-polska
doprowadziła do takiego stanu, w jakim byliśmy będąc w ZSRR. Cóż za paradoks,
szczególnie biorąc pod uwagę Macierewicza i Smoleńsk i te wszystkie
miesięcznice.
I mimo demonstracji wszystko jest uchwalane w środku nocy.
To jest naprawdę przerażające i chore, niech rządzi ktokolwiek, ale na
pierwszym miejscu powinno być dobro kraju i jego rozwój, a nie kierowana
obsesją władzy agresja mająca na celu zmienienie ustroju państwa. I jako
przyszła chybadziennikarka czuję się osaczona i to chyba też podświadomie
wpływa na beznadziejne samopoczucie.
I chyba wymiotowanie literami daje taki sam spokój, jak
wódką, bo czuję się lepiej.
Za kilka dni lecę do Rzymu, w przeciągu tygodnia będę w
stolicy wielkopolski, stolicy Polski, stolicy Włoch i w Watykanie. Pierwszy raz
w życiu będę zwiedzać wielkiego buta, właściwie to powinnam mieć humor zbliżony
do euforii, a tymczasem mam ochotę strzelić sobie w łeb.
Czy to depresja? Chociaż depresja jest już chyba chorobą
naszego pokolenia i powoli staje się równie normalna co borderline, mefedron,
hummus i dupa Kim Kardashian.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz