środa, 9 maja 2018

8 kobiet 8 kobiet kręci się po garderobie


Chciałabym umrzeć
z miłości

Żeby w pewnym momencie serce rozerwało mi się na milion strzępów, żeby świat został ograniczony do jednej jednostki, żeby wszystkie chmury zebrały się nad głową i zaczęły napierdalać piorunami, żeby opróżnić butelkę wina w pięć sekund a potem to wszystko zwymiotować, od razu pozbywając się resztek wątroby i nerek. Poczuć się wyprutą i pustą, poczuć się jak osoby, którymi gardzę i o których myślę, że są idiotami i że najlepiej by było gdyby zniknęli. Żeby ktoś mnie owinął w podłączone do prądu suszarki i wrzucił do basenu, albo do kontenera pełnego deszczówki.
I skoro takie uczucia towarzyszą mi bez jakiegokolwiek większego zaangażowania w ciągu ostatnich 5 lat, to chyba coś jest nie tak ze mną. Zmieniam się w Wertera, o którym w liceum napisałam wypracowanie, gdzie w co drugim zdaniu znajdowała się parafraza stwierdzenia tępa cipa. I chyba najbardziej nienawidzimy ludzi, którzy mają te same problemy co my.
Nazywamy kobiety kurwami, bo nam się chce, ale nie mamy, bo nikt nam nie daje.
Wkurwiamy się na tych tępych znajomych, którzy nigdy nic nie potrafili, a nagle mają firmę, służbowe auto i dodają zdjęcia na IG z Tokio, jednocześnie trzymając telefon i spóźniając się do pracy, której nienawidzimy.
Boli nas w chuj, kiedy wchodzimy w wiek, w którym normalne już jest bycie zaręczonym, rodzenie dzieci i planowanie wesela, podczas gdy my leżymy skuleni, sami jak palec, lecząc kaca z ostatnich kilku lat tworzenia sztucznej, alternatywnej rzeczywistości, w której jesteśmy szczęśliwi i mamy wyjebane.
I najgorsze jest to, że przyzwyczajona do całej beznadziei, dramatów, darcia mordy, bronienia się atakiem, rzucania talerzami, nie jestem w stanie przestawić myślenia, że może po prostu czas przestać żyć jak tragiczny artysta bez talentu, jebnąć te urojenia w kąt i po prostu zacząć funkcjonować jak w miarę inteligentny i zdolny do pracy człowiek.
Skąd to wszystko?
Wracałam z majówki, na której byłam z rodzicami i przez przypadek, znajomymi z wydziału. Zajebiste sześć dni wypełnione słońcem, pierogami i papierosami za 2,50zł. Wracałam do Warszawy przez Kraków, bo rodzice mieli tam jeszcze jeden nocleg. W Krakowie wsiadłam do pustego pendolino, zaczęło zachodzić słońce, a ja, z Somą w uszach, wgapiałam się w zachód słońca nad polami. Widok zajebiście rzadki, jeśli mieszkasz w centrum, a na każdą wzmiankę o przedmieściach reagujesz w lekkim grymasem i pobłażliwym spojrzeniem. No więc kurewsko zmęczona, z Taconafide, patrząc się przez panoramiczne okna, nagle poczułam niewytłumaczalne szczęście.
I z tego szczęścia się poryczałam. Jak bóbr.
Bo przecież cały czas było tak źle, ale stabilnie i jak to tak nagle ma być dobrze? Tak po prostu mam zacząć czerpać przyjemność z przejeżdżania przez tysiąc miejscowości, lasów i łąk? Jeszcze bardziej dobiła mnie myśl, że przecież moje życie jest całkiem zajebiste, czego ja więcej chcę?
Przeanalizowałam ten brak jakiekolwiek logiki i jakoś udało mi się znaleźć jej odłamki. Sama jestem wkurwiona na siebie, że tak bardzo marnuję te biegnące sprintem godziny, daję z siebie absolutne minimum, a potem obwiniam cały świat, że to jego wina a ja przecież staram się i mi nie wychodzi. Wyrzuty sumienia na poziomie mordercy. Bo właściwie morduję, siebie samą, ze szczególnym okrucieństwem.







A tak właściwie
to chcę napisać książkę
i uważam, że jest to jeden z wybitniejszych pomysłów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz