Chciałabym umrzeć
z miłości
Żeby w pewnym momencie serce rozerwało
mi się na milion strzępów, żeby świat został ograniczony do
jednej jednostki, żeby wszystkie chmury zebrały się nad głową i
zaczęły napierdalać piorunami, żeby opróżnić butelkę wina w
pięć sekund a potem to wszystko zwymiotować, od razu pozbywając
się resztek wątroby i nerek. Poczuć się wyprutą i pustą, poczuć
się jak osoby, którymi gardzę i o których myślę, że są
idiotami i że najlepiej by było gdyby zniknęli. Żeby ktoś mnie
owinął w podłączone do prądu suszarki i wrzucił do basenu, albo
do kontenera pełnego deszczówki.
I skoro takie uczucia towarzyszą mi
bez jakiegokolwiek większego zaangażowania w ciągu ostatnich 5
lat, to chyba coś jest nie tak ze mną. Zmieniam się w Wertera, o
którym w liceum napisałam wypracowanie, gdzie w co drugim zdaniu
znajdowała się parafraza stwierdzenia tępa cipa. I chyba
najbardziej nienawidzimy ludzi, którzy mają te same problemy co my.
Nazywamy kobiety kurwami, bo nam się
chce, ale nie mamy, bo nikt nam nie daje.
Wkurwiamy się na tych tępych
znajomych, którzy nigdy nic nie potrafili, a nagle mają firmę,
służbowe auto i dodają zdjęcia na IG z Tokio, jednocześnie
trzymając telefon i spóźniając się do pracy, której
nienawidzimy.
Boli nas w chuj, kiedy wchodzimy w
wiek, w którym normalne już jest bycie zaręczonym, rodzenie dzieci
i planowanie wesela, podczas gdy my leżymy skuleni, sami jak palec,
lecząc kaca z ostatnich kilku lat tworzenia sztucznej, alternatywnej
rzeczywistości, w której jesteśmy szczęśliwi i mamy wyjebane.
I najgorsze jest to, że przyzwyczajona
do całej beznadziei, dramatów, darcia mordy, bronienia się
atakiem, rzucania talerzami, nie jestem w stanie przestawić
myślenia, że może po prostu czas przestać żyć jak tragiczny
artysta bez talentu, jebnąć te urojenia w kąt i po prostu zacząć
funkcjonować jak w miarę inteligentny i zdolny do pracy człowiek.
Skąd to wszystko?
Wracałam z majówki, na której byłam
z rodzicami i przez przypadek, znajomymi z wydziału. Zajebiste sześć
dni wypełnione słońcem, pierogami i papierosami za 2,50zł.
Wracałam do Warszawy przez Kraków, bo rodzice mieli tam jeszcze
jeden nocleg. W Krakowie wsiadłam do pustego pendolino, zaczęło
zachodzić słońce, a ja, z Somą w uszach, wgapiałam się w zachód
słońca nad polami. Widok zajebiście rzadki, jeśli mieszkasz w
centrum, a na każdą wzmiankę o przedmieściach reagujesz w lekkim
grymasem i pobłażliwym spojrzeniem. No więc kurewsko zmęczona, z
Taconafide, patrząc się przez panoramiczne okna, nagle poczułam
niewytłumaczalne szczęście.
I z tego szczęścia się poryczałam.
Jak bóbr.
Bo przecież cały czas było tak źle,
ale stabilnie i jak to tak nagle ma być dobrze? Tak po prostu mam
zacząć czerpać przyjemność z przejeżdżania przez tysiąc
miejscowości, lasów i łąk? Jeszcze bardziej dobiła mnie myśl,
że przecież moje życie jest całkiem zajebiste, czego ja więcej
chcę?
Przeanalizowałam ten brak jakiekolwiek
logiki i jakoś udało mi się znaleźć jej odłamki. Sama jestem
wkurwiona na siebie, że tak bardzo marnuję te biegnące sprintem
godziny, daję z siebie absolutne minimum, a potem obwiniam cały
świat, że to jego wina a ja przecież staram się i mi nie
wychodzi. Wyrzuty sumienia na poziomie mordercy. Bo właściwie
morduję, siebie samą, ze szczególnym okrucieństwem.
A tak właściwie
to chcę napisać książkę
i uważam, że jest to jeden z wybitniejszych pomysłów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz